Kogut

wyzwanie: kogut na patyku, wata cukrowa też na patyku, trzy karpie, para kaloszy z właścicielem

 Kukuryku! Kukuryku! Jestem kogut na patyku.
Gorąca mgiełka tańczy nad Plastusiowymi dłońmi, kąsając zaczerwienione od chłodu policzki. Plastuś przygląda się jej z zaciekawieniem  jak dziecko nowej, niezbyt ładnej, a w dodatku migoczącej w świetle latarni, koleżance. Stopniowo nabiera przy tym poważnych podejrzeń, że źródłem kłębka pary, jakiegoś takiego dziwnie niezgrabnego i pokracznego, wcale nie może być piękna brązowawa ciecz w jej kubku, a fizyka to po prostu wstrętna kłamczucha.
Cóż, akurat pod tym względem nie stanowiłaby wyjątku od większości przedstawicielek płci pięknej – większości, do której Plastuś należy jedynie dwa razy dziennie, jeśli okoliczności pozwalają. Kiedy człowiek musi kłamać, tak naprawdę nie jest wolny. Przynajmniej tak przed laty stwierdził Plastusiowy lekarz, choć raczej nigdy nie przypuszczał, że podopieczna weźmie sobie jego słowa do serca.
A wzięła. Bardzo chciała być wolna.
Zegar we wnętrzu domu kończy fałszywy koncert na dwunastą. Plastuś przeciera oczy wierzchem dłoni i myśli przez chwilę, zerkając na koguta i przygryzając wargę. Zostało jej jakieś… jedenaście godzin i pięćdziesiąt siedem minut kolejnej wolności. Wstaje ostrożnie, powtarzając sobie kilkakrotnie, żeby uważać na obluzowaną dachówkę nad samym oknem, mimo że właściwie nie musi powtarzać, bo zawsze pamięta.
Dość trudno zapomnieć.

– Znowu tutaj, Plastuś?
Plastuś zanurza nos w ciepłym obłoku tuż pod jej brodą i mruży lubieżnie oczy, nie pierwszy raz dziękując za esencję szczęścia zamkniętą te cztery albo więcej tysięcy lat temu w cudownym tworze, który zawsze uważała za swoją jedyną prawdziwą miłość. Bo czekolada rozumie. Koi ból, nie zadaje pytań, a w zamian oczekuje jedynie pochłonięcia jej w całości. Związek idealny, choć krótkotrwały, jeśli druga strona szybko i sumiennie spełnia życzenie kakaowego kochanka.
Tak właściwie, czy nie pięknie byłoby dostawać wypłatę w czekoladach?
Czy nie pięknie byłoby dostawać wypłatę…?
Szczur siada obok i wyciąga wygodnie nogi. Ma na sobie szary płaszcz, oblepiony kocią sierścią – Plastuś trochę mu go zazdrości, bo gruby materiał wygląda na ciepły, a szósta trzydzieści rano zdążyła już przebić się przez włókna jej cętkowanego swetra. Dodatkowo dziewczyna najeża się, jak niemal zawsze na dźwięk przezwiska z tych konkretnych ust. No bo dobrze, może i jest stworzonkiem z nadprzeciętnie odstającymi uszami, ale żeby używać sobie przez lata z powodu ich jednej, niefortunnej ekspozycji warkoczykami w podstawówce? Poza tym… Poza tym przecież nigdy nie mieszkała w piórniku. Wnętrze piórnika (szczególnie Plastusiowej szmacianki, dawno temu zaplamionej atramentem przez pewnego natrętnego szkodnika) jest ciemne i brudne, i ciasne, zdecydowanie zbyt ciasne, nawet dla kogoś tak drobnego.
Plastuś uracza organizm dawką płynnego szczęścia, udając, że nie dostrzega gościa, ale jest prawie pewna, że para piwnych oczu śledzi teraz każdy jej ruch. Czyli Szczur nie da za wygraną. To akurat było do przewidzenia, bo zwykle trudno go zniechęcić.
– Ponoć ma spaść śnieg.
Milczy, z nagłym zapałem skubiąc rękaw swetra.
– Jak nie będziesz się ruszać, to cię przysypie i znikniesz – kontynuuje chłopak z powagą.
– Nieprawda – z ust Plastusia dobywa się prychnięcie. – Zostanę bałwanem z plasteliny. Na pewno przetrzymam do roztopów.
Szczur kilkakrotnie stuka zielonymi kaloszami o dachówki, zanim rzuca, uśmiechając się niemal czule:
– Jesteś taka malutka. Marny z ciebie materiał na bałwana.
Dziewczyna krzywi się, gdy jego dłoń bezceremonialnie zaczyna tarmosić jej włosy, roztaczając wokół woń właściciela. Charakterystyczna mieszanka jagody i mięty przypomina jej o czymś, lub raczej czegoś braku, i Plastuś już ma pytać, ale w tej samej chwili Szczur wyciąga z chlebaka papierową torbę.
– Głodna? – pyta, machając zdobyczą tuż przed jej twarzą.
Jagodzianki smakują jak zwykle – drożdżami, toną cukru i dzieciństwem. Szczur od lat niemal codziennie pomagał rodzicom otwierać piekarnię, za co dostawał dwie bułki z ciemnym nadzieniem. Nawet kiedy w końcu sam zaczął prowadzić rodzinny interes, nie zapomniał o ich małej, wspólnej tradycji. Zapach jagód, słodkich jagód, najpewniej dlatego przylgnął do niego, dominując woń miętowych listków, rozkładanych każdej wiosny w kątach domostwa dla odstraszenia mrówek. A przynajmniej w taką przyczynę Plastuś mocno wierzy. Ma wtedy poczucie, że tworzy Szczura choć odrobinę – tak jak on od zawsze tworzył ją.
– Nie cierpię, jak to robisz – krzywi się ostentacyjnie, gdy dym buchający spomiędzy rozchylonych warg chłopaka zaczyna gryźć jej nozdrza.
Szczur z kpiącym uśmiechem zaciąga się papierosem.
– Nie musisz tu siedzieć. To też mój dach.
Dom Plastusia, czy raczej, jak powiedziałoby przeciętne Dorosłe-Niezależne-Dziecko,dom jej rodziców, jest nieco… niejednolity. Kiedyś nazwa „bliźniak” pasowała do niego, w mniejszym lub większym stopniu. Ale potem Plastusiowych rodzicieli dopadła mania inności, inności w tę lepszą stronę, co zaowocowało zmianami tak drastycznymi, że połówki budynku można by uznać za bliźnięta co najwyżej dwujajowe. Drugą część domu zajmować zwykła cała rodzina Szczura, jednak od paru lat był tylko on i jego bracia – trójka małych potworów z oczami tak wyłupiastymi, że gdy otwierają usta (co zdarza się często z racji ich zamiłowania do hałasu), do złudzenia przypominają karpie, podrygujące i przebierające płetwami w agonii.
Nagły, przeraźliwy zgrzyt udaremnia jej zachowanie resztek godności. Plastuś patrzy pytająco na koguta, ale on tylko obraca się na wietrze z miną niewiniątka, więc dziewczyna dostrzega przyczynę jego poruszenia dopiero, gdy przenosi wzrok na budzącą się do życia ulicę.
– Złośliwy jak na kupę złomu – zauważa Szczur odkrywczo. – Wciąż czasem cię zagaduje?
Ale Plastuś jedynie malutkim skrawkiem świadomości rejestruje jego pytanie. Uwagę ma pochłoniętą przygarbioną sylwetką mężczyzny w podeszłym wieku, wleczoną chodnikiem za wózkiem z maszyną do waty cukrowej.
To by było na tyle, jeśli chodzi o pozostałe pięć godzin wolności.
– Nie.

 Kukuryku! Kukuryku! Jestem kogut na patyku.
– Jesteś. I kiedyś skończysz w rosole.
Kogut bez zrozumienia łypie na Plastusia swoim jedynym okiem, a ona praktycznie wtyka nos w czekoladę, zachęcając słodki zapach do wyparcia z jej głowy wizji kawałków metalu pluskających się w zielonkawej mazi. Nie działa.
Plastuś rzuca kogutowi myśl pełną pretensji. Kogut rzuca Plastusiowi obraz szkarłatnej zupy na śniegu. Dziewczyna upija łyk czekolady, ogłaszając kapitulację.
Jedenaście godzin i pięćdziesiąt dziewięć minut.

– Wychodzę wieczorem.
– A mówisz mi to, bo…?
– Chcę wiedzieć, czy dasz sobie radę.
– Zawsze daję.
– Dzisiaj nie jest „zawsze”.
– Idź, Szczur. To nie twoja rocznica.
Nawet się nie ogląda.

Północ nadchodzi wielkimi, bezśnieżnymi krokami, a Plastuś czeka na nowy dzień, który wcale nie ma być lepszy.
Wciąż czuje lepkie, cukrowe macki zaciskające się na jej wyśnionym ciele zaledwie pół godziny temu. Ma dziwaczny uraz do waty, odkąd tylko pamięta – nigdy nie ufała niczemu o właściwościach pajęczynopodobnych, nawet jeśli było wyrobem z czystego cukru. A już zwłaszcza ostatnio…
Skulona postać zatrzymuje się przy bliźniaku. Plastuś zamiera, obserwując, jak uczepiony ciężkiego wózka staruszek stoi tam – zupełnie nieruchomo, jakoś tak krzywo, jakby przytłoczony życiem, śmiercią, przytłoczony tym, że pierwszy śnieg nie wchłonął wtedy duszy kogoś innego.
Plastuś wie i żałuje. Też chętnie by się zamieniła.
Trzy małe pociski atakują wózek z prędkością światła, z krzykiem rwąc opakowania cukru i mieszając białe złoto z ulicznym błotem.
– Hej!
Plastuś zrywa się na równe nogi.
– Do domu, szkodniki! Ale już, bo pożałujecie!
Karpie wciąż wrzeszczą i złorzeczą na potęgę, ale pędzą do wnętrza domu. Starzec zaczyna zbierać z ulicy strzępki tektury i swojej godności, a Plastuś zastanawia się, czy nie zejść i nie pomóc, ale wtedy napotyka jego martwe spojrzenie i przestaje się zastanawiać.
Oczy starego Koguta na odchodne ciskają w nią wspomnieniami. Plastuś pragnie biec za nim, dorwać ten przeklęty wózek i pozwolić wacie pochłonąć ją, zmieść ze świata, uczynić swoją podporą, patykiem… Albo utopić. Śmierć od cukru zalewającego drogi oddechowe chyba nie może być taka zła.
Plastuś robi krok w przód i traci grunt pod nogami.
Za jej plecami kogut rechocze szyderczo.

– Kukuryku! Kukuryku!
Metaliczny wrzask koguta wżera się w jej świadomość, nie dając możliwości ucieczki. Plastuś ignoruje szczypanie świeżych otarć – kryje się we wnętrzu swetra, zasłaniając oczy i uszy wełnianym kołnierzem.
Nie kończ. Niekończniekończniekończ.
Jego jedyne oko lśni krwawo na tle nocnego nieba, a Plastuś krzyczy, choć jej gardło nie produkuje nic prócz jednostajnego, suchego milczenia.
Bo na co światu jej krzyk?
I tak nikt nie słucha.

– Dalej tu siedzisz.
– Zdarza się w najlepszych rodzinach – odpowiada, wpatrzona w zastygłą nieco powierzchnię czekolady.
Jagodowe ramię obejmuje ją i przyciąga bliżej właściciela, nie dając nawet szansy na rozważenie oporu. Plastuś wtula nos w płaszcz Szczura, zamyka się w dobrze znanym świecie, bo ten rzeczywisty tylko wszystko utrudnia. Nie daje zapomnieć, a nie pozwala pamiętać.
– Patrz – mruczy Szczur, przerywając długą ciszę.
Jego głos wibruje przyjemnie pod jej policzkiem, zaraz zwilżonym lodowym płatkiem.
Świat zastyga w miejscu, rozkoszując się pierwszym śniegiem. Kogut również milczy i po raz pierwszy Plastuś wierzy…
Naprawdę wierzy, że nigdy więcej nie przemówi.

Kukuryku! Kukuryku!
Jestem Kogut na patyku.

* * *
Tekst oryginalnie opublikowany na blogu literackim e-Prozac 2 lutego 2014 roku – to i kilka innych moich dziecków znaleźć można tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.